R1 - ppor. Ludwik Gwarczyński - Zew latania
: 28 sty 2026, 19:09
27 marca 1940 Lotnisko Lyon-Bron, Południowa Francja
9:15
Ludwik sprawdził, czy wszyscy piloci, którzy zebrali się na placu mieli kompletne mundury. Rozkaz był jasny. Na wizytę wodza tylko którzy mają pełne umundurowanie staną na placu. Pozostali... "mieli się nie pokazywać". Że brakowało mundurów, to był aż wstyd. On i piloci, którzy dziś mieli odlatywać na front mieli pełne umundurowanie. O to zadbano. Ale nie wszyscy. Kilku pilotów z jego eskadry musiało zostać i nie pokazywać się. Na placu z ex-121-szej eskadry stał on, był Żwirko, Andrzej, którego spotkali w Rumunii, "Święty", który stał z miną, jakby tu był za karę, Piłsudski, który dotarł do nich jako ostatni oraz sierżant Flanek. Inni musieli pozostać "w ukryciu" przed wzrokiem naczelnego wodza. Spośród zebranych pilotów, wszyscy, poza "Świętym" mieli odlatywać na front zaraz po uroczystości.
Front.
Ile to miesięcy minęło, odkąd Ludwik latał bojowo. To było gdzieś 10 września... Niby tylko pół roku, a wydawało się to wiecznością. Odkąd 17 września 1939 roku przekroczyli granicę Rumunii, Ludwik nie mógł doczekać się tej chwili. Powrotu na front. Ale wtedy cały czas myślał, że zmierzają do Konstancy. Rumunii zorganizowali im jako tako drogę i ta cały czas prowadziła na południe. Problemem stało jednak wyżywienie. W zasadzie musieli o nie żebrać. Polskich złotych nikt nie chciał przyjąć, a jak ktoś już się zgadzał, to po tak niekorzystnym kursie, że za tą kwotę w sierpniu w Krakowie można było zakupić obiad dla kilkuosobowej rodziny w prestiżowej restauracji, a nie dostać pajdę chleba ze smalcem i łyk jakiegoś samogonu. Morale upadało.
Po kilku dniach marszu zaświtała nadzieja. Dalej miał ich zabrać pociąg. Ale znów okazało się, że Rumunii do końca nie wiedzą, co się dzieje. Czekali dwa dni na pociąg, który miał przyjechać po nich lada moment, aż wreszcie nadmiarowe osoby odesłano piechotą dalej, chyba tylko, aby zrobić miejsce dla nowo napływających. Dołączono im podoficerów i szeregowych, którzy nie mieli pojęcia, gdzie są ich jednostki, które odleciały samoloty i ruszyli dalej.
Szli piechotą przez kraj tonący w błocie. Mijali nędzne pola, nie zebrane łany kukurydzy, gliniane chaty... Zupełnie jakby Rumunii chcieli pokazać im biedniejszą część kraju. Ale im biedniejszy był kraj, tym ludzie jakby przyjaźniejsi. Częstowali idących na południe pilotów, pozwalając im poczuć się wreszcie jak przyjaciele, a nie intruzi. I wreszcie na jednej ze stacji dostali wiadomość, że czeka na nich pociąg. I tym razem on naprawdę czekał. Co prawda były to lory na węgiel (nawet do końca nie opóźnione. (oj jak zimą 1940 Ludwik żałował, że nie zabrali do kieszeni porzuconego tam węgla), ale były.
Pociąg zabrał ich do Tulczy, miasteczka zamieszkanego głównie przez Bułgarów, sprawiającego wrażenie jeszcze biedniejszego, niż te wioski, które mijali po drodze. Biedne wsie Rzeczypospolitej wyglądały przy nich jak bogate pałace. Mostki były zawalone, płoty z trzciny stały pogniłe, jak zęby żebraka, okna pozbawione były szyb i tylko szerokością drzwi można było określić, czy za drzwiami jest pomieszczenie do zamieszkania, czy chlew.
Stąd skierowano ich na południe, jak powiedziano "do obozu". Obóz. Tak... jak wioska Rumuńska wyglądała biednie wobec wioski Polskiej, tak "obóz" Rumuński wyglądał przy obozie harcerskim w Polsce. Po prostu miejsce po wycince, gdzie piloci, którzy przybyli tu wcześniej starali się coś zorganizować. Najstarszy stopniem był kapitan Stefan Łaszkiewicz z Brygady Pościgowej, który powitał przybyłych pilotów:
-No, Wacek - zwrócił się do porucznika Króla - Czyli jednak do nas dotarłeś. Co prawda nie tak jak się spodziewałem, ale... Mam nadzieję, że macie dobrych cieśli ze sobą, bo to, co nam tutaj przygotowali woła o pomstę do nieba. Jakby nie miejscowi, to byśmy chyba z głodu pomarli... Kogo tam przyprowadziłeś?
Wacław zaczął przedstawiać eskadry, a gdy przedstawił Ludwika, kapitan Łaszkiewicz powiedział:
-A, słyszałem, słyszałem. Jedna z niewielu eskadr, gdzie każdy pilot zestrzelił szkopa. Któryś z was nawet asem został, tak?
Ludwik rzucił kątem oka na "Świętego", który wyglądał, jakby właśnie odczytywano numer szczęśliwego losu i nagle okazywało się, że ostatnia cyfra się nie zgadza...