R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
: 28 sty 2026, 19:39
27 marca 1940 Lotnisko Lyon-Bron, Południowa Francja
9:15
Andrzej stał w dwuszeregu, gdy Ludwik przechodził przed nimi, sprawdzając kompletność mundurów. Rozkaz był jasny. Na wizytę wodza tylko którzy mają pełne umundurowanie staną na placu. Pozostali... "mieli się nie pokazywać". Że brakowało mundurów, to był aż wstyd. On i piloci, którzy dziś mieli odlatywać na front mieli pełne umundurowanie. O to zadbano. Ale nie wszyscy. Kilku pilotów z jego eskadry musiało zostać i nie pokazywać się. Na placu ze 121-szej eskadry stał on, Żwirko, "Święty", (który jako jedyny dzisiaj i w najbliższej przyszłości miał nie odlatywać), Piłsudski, który dotarł do nich jako ostatni oraz sierżant Flanek. Inni musieli pozostać "w ukryciu" przed wzrokiem naczelnego wodza. A po uroczystości mieli odlatywać na front.
Front.
Ile to miesięcy minęło, odkąd Andrzej latał bojowo. To był 12 września, gdy zestrzelili go nad Lublinem... Niby tylko pół roku, a wydawało się to wiecznością. Odkąd przekroczyli granicę Rumunii, Andrzej nie mógł doczekać się tej chwili. Powrotu na front. Co to była za epopeja.
We wrześniu 1939 roku po przekroczeniu granicy jechał dalej z porucznikiem Wiśniewskim i lwowskimi pilotami. Gdzieś po drodze ktoś im ukradł koło zapasowe, złotówek na leje nie dało się wymienić, a jak ktoś się zgadzał to chyba po 1/100 wartości. Ale musieli kombinować na ile mogli. Przejechali wzgórza Starożyńca, Radauti i Suczeawy, wjechali w dolinę Seretu i Mołdawy, a potem w ogromny step, zostawiając coraz dalej za sobą rodzinny kraj. I jechali przez wielką pustkę. To były te Dzikie Pola, które kiedyś tratowały tatarskie zagony. Gdzieniegdzie w oddali stały porośnięte głogiem spróchniałe krzyże, to zaś w oddali na wypalonych trawach pasły się stada rogatego bydła. To znów wpadali w rzędy glinianych chat, otoczonych krzywymi płotkami. Wtedy musieli omijać znajdujący się na rynku żuraw, to znów przekraczali rzekę po zawalonym mostku (aż strach myśleć, jak poruszano się, gdy nie było suszy, a roztopy). Zupełnie jakby ta kraina została w dawnych czasach i ani myślała iść do przodu. Aż ciekawiło Franciszka, czy ci ludzie w ogóle wiedzą, że Polska toczy wojnę.
Byli niecałe 200 kilometrów od Konstancy, gdy w Foscani natrafili na rumuńskich żołnierzy. Łamaną polszczyzną, francuskim i rumuńskim poinformowali, że mają zebrać tu 50 samochodów i wysłać pod eskortą do Tulczy, gdzie mają zebrać się polscy piloci. Gdy odeszli, Franciszek zatrzymał samochód we wskazanym miejscu i powiedział:
-Nie podoba mnie się to. Brzmi to jak wysłanie do obozu jenieckiego, a nie po nowe samoloty.
Zrobili wywiad z innymi zatrzymanymi i stało się jasne. Wiele osób jest tego samego zdania. I gdy rozważano, co zrobić, usłyszano gwizd lokomotywy.
Franciszek powiedział:
-I to jest pomysł! Kupmy jakieś cywilne ciuchy, kupmy bilet i pojeźdźmy pociągiem do Bukaresztu. Tam spotkamy kogoś z dowództwa i ustalimy, co dalej.
Porucznik Wiśniewskim był sceptyczny:
-A co jak żandarmi nas złapią, zanim się stąd ruszymy?
Franciszek odpowiedział:
-Spójrzcie na nich. Niewielu ich. A wielu zatrzymanych chodzi coś kupić do sklepów i nawet ich nie pilnują. Oni pilnują samochodów. Mamy szansę uniknąć zatrzymania. Co o tym myślicie?
Trzeci pilot też był zdania, że trzeba uciekać. Ktoś jednak musiał zostać z samochodem, aby sprawiać wrażenie, że nie uciekają. Porucznik Wiśniewski zgłosił się na ochotnika. Franciszek zapytał Andrzeja:
-Uciekacie z nami?
[decyzja. Zostajecie ze zbieraną kolumną, czy uciekacie pociągiem z Foscani?]