Strona 1 z 1

R1 - ppor. Stanisław "Żwirek" Żwirko - Zew latania

: 31 sty 2026, 16:09
autor: PL_CMDR Blue R
Obrazek


27 marca 1940 Lotnisko Lyon-Bron, Południowa Francja
9:15
"Żwirek" stał w dwuszeregu, gdy Ludwik przechodził przed nimi, sprawdzając kompletność mundurów. Rozkaz był jasny. Na wizytę wodza tylko którzy mają pełne umundurowanie staną na placu. Pozostali... "mieli się nie pokazywać". Że brakowało mundurów, to był aż wstyd. On i piloci, którzy dziś mieli odlatywać na front mieli pełne umundurowanie. O to zadbano. Ale nie wszyscy. Kilku pilotów z dawnej krakowskiej eskadry musiało zostać i nie pokazywać się. Na placu z ex-121-szej eskadry stał on, Andrzej, którego spotkali w Rumunii, "Święty", który stał z miną, jakby tu był za karę, Piłsudski, który dotarł do nich jako ostatni oraz sierżant Flanek. No i oczywiście dokonujący ostatniej inspekcji Ludwik. Inni musieli pozostać "w ukryciu" przed wzrokiem naczelnego wodza. Spośród zebranych pilotów ze 121-szej, wszyscy, poza "Świętym" mieli odlatywać na front zaraz po uroczystości.

Front.

Ile to miesięcy minęło, odkąd Żwirko latał bojowo. Tak, osłona transportu paliwa we wrześniu, a potem przyszedł rozkaz rozwiązania eskadry... Niby tylko pół roku, a wydawało się to wiecznością. Odkąd 17 września 1939 roku przekroczyli granicę Rumunii, Żwirko trzymaj się nadziei. Najpierw spodziewał się nowych myśliwców w Konstancy. Wsiąść we "francuza" i z powrotem do walki. Rumunii zorganizowali im jako tako drogę i ta cały czas prowadziła na południe. Problemem stało jednak wyżywienie, a w zasadzie jego brak, jak i brak pieniędzy na zakup, gdyż Polskie Złote straciły z upadkiem państwa wartość do wartości papieru na którym były wydrukowane. Gdyby nie miłosierdzie niektórych Rumuńskich rodzin, to chyba by padli z głodu w tej drodze.

Po kilku dniach marszu zaświtała nadzieja. Dalej mieli jechać pociągiem. Nareszcie, jakaś organizacja! Ale znów okazało się, że Rumunii do końca nie wiedzą, co się dzieje. Po dwóch dniach i zebraniu sporego tłumu, który ciężko było wyżywić, żandarmi wysłali pilotów dalej piechotą. Do grupy krakowskiej dołączyli piloci z Lwowa, Poznania, a nawet Warszawy. Wszyscy, którzy stracili kontakt z jednostkami, gdy rzut powietrzny odleciał do Rumunii i też trzymali się kierunku na Konstancę. Szli piechotą przez kraj tonący w błocie. Mijali nędzne pola, nie zebrane łany kukurydzy, gliniane chaty... Zupełnie jakby Rumunii chcieli pokazać im biedniejszą część kraju. Ale im biedniejszy był kraj, tym ludzie jakby bardziej troskliwi o porzuconych żołnierzy. Częstowali idących na południe pilotów, pozwalając im poczuć się wreszcie jak przyjaciele, a nie intruzi. I wreszcie na jednej ze stacji dostali wiadomość, że czeka na nich pociąg. I tym razem on naprawdę czekał. Co prawda były to lory na węgiel (nawet do końca nie opóźnione), ale były.

Pociąg zabrał ich do Tulczy, miasteczka zamieszkanego głównie przez Bułgarów, sprawiającego wrażenie jeszcze biedniejszego, niż te wioski, które mijali po drodze. Biedne wsie Rzeczypospolitej wyglądały przy nich jak bogate pałace. Mostki były zawalone, płoty z trzciny stały pogniłe, jak zęby żebraka, okna pozbawione były szyb i tylko szerokością drzwi można było określić, czy za drzwiami jest pomieszczenie do zamieszkania, czy chlew.

Stąd skierowano ich na południe, jak powiedziano "do obozu". Obóz. Tak... jak wioska Rumuńska wyglądała biednie wobec wioski Polskiej, tak "obóz" Rumuński wyglądał przy obozie harcerskim w Polsce. Po prostu miejsce po wycince, gdzie piloci, którzy przybyli tu wcześniej starali się coś zorganizować. Najstarszy stopniem był kapitan Stefan Łaszkiewicz z Brygady Pościgowej, który powitał przybyłych pilotów:
-No, Wacek - zwrócił się do porucznika Króla - Czyli jednak do nas dotarłeś. Co prawda nie tak jak się spodziewałem, ale... Mam nadzieję, że macie dobrych cieśli ze sobą, bo to, co nam tutaj przygotowali woła o pomstę do nieba. Jakby nie miejscowi, to byśmy chyba z głodu pomarli... Kogo tam przyprowadziłeś?
Wacław zaczął przedstawiać eskadry, a gdy przedstawił Ludwika, kapitan Łaszkiewicz powiedział:
-A, słyszałem, słyszałem. Jedna z niewielu eskadr, gdzie każdy pilot zestrzelił szkopa. Któryś z was nawet asem został, tak?
"Święty" burknął pod nosem:
-Chyba ty...
Żwirek tymczasem patrzył na miejsce do którego dotarli. Przecież w tych 3 namiotach to oni się nawet nie zmieszczą! I zaraz.... jak to jest obóz... To co z samolotami?

Re: R1 - ppor. Stanisław "Żwirek" Żwirko - Zew latania

: 03 lut 2026, 21:51
autor: PL_Qbik
Myśli i pytania na potęgę kłębiły się w głowie Żwirka, ale zmęczenie nużącym marszem przeważyło. I to dosłownie. Przeszło z zastopowanych nóg nieco wyżej - do tego miejsca gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę - i tymże rejonom nadało takiego ciężaru, że ciało Żwirka, całkiem przeważone, wykonało klasyczne "klapen zi dupen", z rozmachem opadając na jeden z pozostałych po wycince pieńków. W głowie nadal szumiało od pytań. Czy będzie coś na ząb? W jaki sposób zorganizować sobie spanie? I kawałek daszku nad głową? Jak długo tu zostaną? Jak daleko jeszcze do Konstancy i czekających tam myśliwców? A co się dzieje w kraju? Czy będzie coś na ząb? Bo kiszki grają już niezłego marsza... Żwirko coraz wolniej wodził oczami od osoby do osoby, aby zidentyfikować kogoś, kto mógłby na te pytania odpowiedzieć. Coraz wolniej... i wolniej... I w końcu powieki opadły, głowa takoż... i wszystkie pytania odpłynęły, a Staszek zasnął snem sprawiedliwego.