27 marca 1940 Lotnisko Lyon-Bron, Południowa Francja
9:00
Feliks zastanowił się, czy to profanacja czy wyróżnienie. W kabinie jego samolotu nawpychano kożuchów, aby ster wychylił się do góry, a teraz na stateczniku poziomym jego Poteza rozciągano obrus, aby mógł robić w hangarze za ołtarz polowy. Cóż, skoro kapelan nie narzekał, to i on też nie... I czuł tu pewną ironię losu.
Feliks wyszedł przed hangar i spojrzał jak piloci, którzy mieli odlecieć dziś na front zbierali się. Wszyscy mieli kompletne mundury. Kto jak kto, ale jakby oni nie mieli, to byłby wstyd. Ale nie wszyscy mieli kompletne umundurowanie i dowódca centrum wyszkolenia kazał wszystkim bez kompletnych mundurów "zniknąć z oczu". To był wstyd, że tego brakowało. A teraz miał przybyć naczelny wódz. I to nie tylko polski, ale też francuski!
Na placu z ex-121-szej eskadry stał on, był Żwirko, Andrzej, którego spotkali w Rumunii, "Święty", który stał z miną, jakby tu był za karę oraz sierżant Flanek. Brakowało tylko Ludwika, który miał lecieć i zapewne jeszcze szykował się. Może plutonowy Kremski zdobył gdzieś czapkę i pas i też dołączy? W sumie mógłby wymienić się ze "Świętym". Ten był wściekły, że znów jest "w drugim szeregu". I działał tym wszystkim na nerwy. Tylko brakowało, aby potem generałowi Sikorskiemu palnął, że on jest tu jedynym asem, a go nie chcą wypuścić. W zasadzie nie był asem, gdyż brakowało mu pół zestrzelenia, ale "Święty" cały czas uważał, że Ludwik i Żwirko uwzięli się na niego i celowo go uziemili, gdy eskadrze kończyły się maszyny, aby "Święty" nie został asem przed nimi. No, ale tu Feliks nie mógł nic poradzić. Ważne było jedno. Tam, dalej po prawej, stali francuscy piloci. A wśród nich Lieutenant de Vaisseau (czyli porucznik marynarki, ekwiwalent kapitana.... swoją drogą... ciekawe, dlaczego marynarka tak zaniża stopnie - pomyślał Feliks) Ferran, który miał zabrać Feliksa do jego nowej jednostki, gdzie miał przejść staż frontowy.
Front.
Ile to miesięcy minęło, odkąd Leliks latał bojowo. Wolał o tym nie myśleć, bo od razu przypominali mu się ci chłopi z widłami. To było pół roku temu. Od tamtej pory był złapanym szkopem, rannym polskim pilotem, zbiegiem, księdzem, łachudrą, a teraz znów pilotem. Całkiem niezła przygoda wystarczająca na niejedną książkę. A zaczęło się to jeszcze w 1939 roku.
Listopad 1939, Bukareszt. Szpital wojskowy.
Feliks usiadł na łóżku, odkładając kule. Szło mu już coraz lepiej. Lekarze twierdzili, że gdyby nie Lwowska przygoda pod bombami byłby szybciej zdrowy, ale Feliks nie miał żalu do kolegów. Chcieli dobrze.
-Ma pan gości, panie poruczniku - powiedziała łamaną polszczyzną pielęgniarka i do pomieszczenia weszło trzech oficerów w przemoczonych od padającego deszczu płaszczach. Dwóch z nich było nieznanymi Feliksowi polskimi oficerami, jeden był Rumunem. Oficerowie zdjęli płaszcze, przewieszając je przez stojącego obok łóżka krzesło i po czym polski oficer przedstawił cel wizyty.
Polscy piloci są zbierani w Tulczy w obozie dla internowanych. Polski konsulat w Budapeszcie na ulicy takiej i takiej (bardzo potrzebna teraz informacja - pomyślał Feliks) stara się jak może, aby zwolnić ich, aby mogli wyjechać do Francji, ale Niemcy też naciskają na Rumunów, aby nie wypuszczali Polaków i byli w impasie. Jutro Feliks miał opuścić szpital wojskowy i zostać przewieziony do Tulczy, gdzie w obozowym szpitalu miał dokończyć rekonwalescencję. Feliks próbował naciskać. Może coś da się załatwić? Wojskowi byli jednak zdecydowani: Nie da się zrobić nic. Ich zdecydowana postawa wyraźnie spodobała się rumuńskiemu oficerowi.
-Wkrótce się widzimy! - powiedział oficer i zabrali się do wyjścia.
Feliksa chciało rozsadzić. Przeżył atak widłami, uznanie za szkopa, a teraz ma spędzić resztę wojny jako jeniec? Musiał wstać i rozchodzić problem. I to był błąd. Jak stanął na mokrej posadzce, tak prawie wywinął orła i tylko złapanie się łóżka uratowało go przed przedłużeniem leczenia. Podniósł się ponownie i podszedł do okna. Na ulicy widział samochód, przy którym stał żołnierz z parasolem, aby mimo rzęsistego deszczu oficerowie mogli bezpiecznie i sucho wejść do samochodu. Tak. Tacy gryzipiórkowie mogą poruszać się swobodnie, a on.... Obrócił się i spojrzał, że plama wody rosła. No nie, jeszcze jeden zostawił płaszcz i kapelusz, który zaraz zaleje cały pokój... Zaraz. Feliks obejrzał się. Żaden nie dostrzegł, że zostawił płaszcz i kapelusz? Feliks sprawdził kieszenie. Tak. Był tam portfel. Strasznie pogięty dowód osobisty... I to Litewski! Na dodatek właściciel nie przypominał żadnego z oficerów, którzy go odwiedzili. Co jeszcze jest? Książeczka. Przewodnik po Bukareszcie. A w środku obrazek ze świętym Krzysztofem... włożony jak zakładka na stronę z adresami ambasad. I wtedy Feliks jakby raz jeszcze usłyszał słowa oficera:
"Wkrótce się widzimy!
Feliks spojrzał na kule, na płaszcz, na dokumenty. Czy był w stanie wyjść z obiektu nie zwracając uwagi? Czy może powinien uciec dopiero z transportu do obozu internowania?
[decyzja:
Uciekasz teraz, czy czekasz na lepszą okazję]