10 maja 1940 5:15
Andrzejowi było wstyd. Dobrze, że nikt nie słyszał jego myśli, ale po prostu się ich wstydził. Oto zachował się jak ci Francuzi, którzy nie chcieli atakować Niemców, bo to psuło wygodę życia. I on zaczął się do nich upodabniać. Jeszcze chwilę temu spał w najlepsze, a tu odgłos alarmu kazał mu stawić się w gotowości o tak wczesnej porze. Przeklinał w duchu tego, kto o tak nieludzkiej porze postanowił zrobić próby alarm. Czy naprawdę to było potrzebne? Ubieranie munduru i bieg o poranku (i to przed śniadaniem) było po prostu niemiłe. Na dodatek zaraz potem syrena zaczęła wyć alarm przeciwlotniczy. To teraz do schronu? Naprawdę nie miał ochoty. To łóżko było takie ciepłe. I dopiero biegnący naprzeciw nich major Durieux wykrzykujący:
-Do rowów! To nie ćwiczenia!
Oraz odgłos zbliżających się silników lotniczych spowodował, że Andrzej wewnętrznie nie tylko się obudził, ale jeszcze skarcił swojego leniwego ducha i wstydził się, że go w ogóle słuchał w narzekaniu. Duch bojowy Andrzeja momentalnie prawidłowo ocenił sytuację. Do samolotu nie dobiegnie i nie uruchomi go, zanim nie zacznie się nalot. Maszyna była cenna, ale tu we Francji nie tak cenna jak jego życie. Dodatkowo startując pod nalotem stawał się celem numer 1. Ale czy właśnie rzucenie się do maszyny nie było tym, co powinien zrobić Polski pilot, aby zmyć wstyd tchórzliwego francuskiego ducha, który przed chwilą był go opanowywał? Major biegł do rowu przeciwlotniczego i zaganiał do niego innych, jeden z polskich mechaników, szeregowy Wacław Kępa, biegł w stronę Andrzeja, wyraźnie gotów do działania jak Andrzej nakaże. I teraz musiała zapaść decyzja. Biec do samolotu, czy do rowu...