|
Aktywację użytkowników dokonuje tylko Admin po informacji na Discordzie Uwaga !!! Google / Gmail blokuje korespondencję z forum Archiwum forum PolishSeamen - tylko do odczytu Zapraszamy na serwer głosowy DISCORD |
R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Moderator: PL_CMDR Blue R
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Eeech..... zamknął oczy.
- Tylko resztki ciuchów, trochę zdjęć i prasy, odrobinę pamiątek z jednostki... nic cennego, mało warte dla łowców skarbów.
Z drugiej strony, ryzyko wpadki nie jest wysokie, ale lepiej nie kusić licha. To tylko wartość sentymentalna.
A jak nie wrócę? I tak to przepadnie. Ech...
- Macie jakiś karton? - zapytał.
Ze smutkiem się przepakował, przetarł kanty kartonu dłońmi i napisał kredą na obu stronach pudełka: własność: ppor Andrzej Baran, 121-sza, po czym poprosił aby odłożyć do jakiegoś magazynka, bo po wojnie będzie chciał odebrać.
- I tak pewnie zniknie - pomyślał ponuro - jeszcze się okaże że dla jakiegoś urzędasa sam karton będzie ważniejszy niż jej zawartość...
Trudno.
Odprowadził wzrokiem pracownika odkładającego karton na bok i ze smutkiem spojrzał na walizę.
Ach, dobra tam - i wzorem Świętego spojrzał na dokumenty: - Chmielewski, Łódź. Data urodzenia?
Teraz legenda. Tokarz przy fabryce włókienniczej? Której? Jakiejś małej, nieznanej? A może w produkcji stołków? U jakiegoś żyda?
Tak... nie do sprawdzenia...
A ja proszę pana - zwrócił się do Świętego - ja w warsztacie meblarskim u Abramka na Piastowskiej pracowałem. Ludzki pan. Żyd a przyjął goja do pracy. Tak, Abramek Poznański - pokiwał głową - chwalił się że był skoligacyny z "tym" Poznańskim, ale kto go tam wie. Został na interesie a ja ze strachu uciekłem. Biedny Abramek... już go pewnie nie zobaczę...
Święty ryknął śmiechem klepiąc Andrzeja po plecach: - urodzony aktor, urodzony aktor!
- Tylko resztki ciuchów, trochę zdjęć i prasy, odrobinę pamiątek z jednostki... nic cennego, mało warte dla łowców skarbów.
Z drugiej strony, ryzyko wpadki nie jest wysokie, ale lepiej nie kusić licha. To tylko wartość sentymentalna.
A jak nie wrócę? I tak to przepadnie. Ech...
- Macie jakiś karton? - zapytał.
Ze smutkiem się przepakował, przetarł kanty kartonu dłońmi i napisał kredą na obu stronach pudełka: własność: ppor Andrzej Baran, 121-sza, po czym poprosił aby odłożyć do jakiegoś magazynka, bo po wojnie będzie chciał odebrać.
- I tak pewnie zniknie - pomyślał ponuro - jeszcze się okaże że dla jakiegoś urzędasa sam karton będzie ważniejszy niż jej zawartość...
Trudno.
Odprowadził wzrokiem pracownika odkładającego karton na bok i ze smutkiem spojrzał na walizę.
Ach, dobra tam - i wzorem Świętego spojrzał na dokumenty: - Chmielewski, Łódź. Data urodzenia?
Teraz legenda. Tokarz przy fabryce włókienniczej? Której? Jakiejś małej, nieznanej? A może w produkcji stołków? U jakiegoś żyda?
Tak... nie do sprawdzenia...
A ja proszę pana - zwrócił się do Świętego - ja w warsztacie meblarskim u Abramka na Piastowskiej pracowałem. Ludzki pan. Żyd a przyjął goja do pracy. Tak, Abramek Poznański - pokiwał głową - chwalił się że był skoligacyny z "tym" Poznańskim, ale kto go tam wie. Został na interesie a ja ze strachu uciekłem. Biedny Abramek... już go pewnie nie zobaczę...
Święty ryknął śmiechem klepiąc Andrzeja po plecach: - urodzony aktor, urodzony aktor!
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
- PL_CMDR Blue R
- Posty: 6869
- Rejestracja: 24 gru 2019, 20:16
- Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Następnego dnia odjechali pociągiem do Bazargic. Zgodnie z instrukcją nie wdawali się w rozmowy z obcymi, choć patrząc, jak obcy unikali rozmów z innymi, można było uznać, ze chyba połowę pociągu stanowią polscy żołnierze.
Po pięciu godzinach podróży dotarli do Bazargic, gdzie wysiadła większość podróżnych. Zgodnie z przypuszczeniem, ci zebrali się w małe grupki i czekali na "radcę" Olszewskiego, jak tytułować się miał major. Po chwili wysoki cywil w znoszonym płaszczu zaczął podchodzić do kolejnych grup i rzucać dwa zdania. Gdy podszedł do Andrzeja i Mikołaja powiedział:
-Jestem radca Olszeweski. Za pół godziny sprzed dworca odjeżdża autobus do Balcic.
I ruszał dalej. W autobusie byli już sami Polacy.
W Balcic, małym rybackim porcie, położonym wśród malowniczych wzgórz, major stał się bardziej rozmowny. Okazało się, że tutejsi policjanci zostali przekupieni, podobnie jak kapitan statku, który miał nadpłynąć lada godzina i mogli tu czuć się swobodnie. Statek jednak opóźniał się. Piloci zostali zakwaterowani po pięciu w lokalnych domach (co za wygoda po ostatnich przeżyciach) i mieli czekać, przy okazji rozpoznając często kolegów, którzy w cywilnych ciuchach stali się jakby inni.
Grecki statek SS St. Nicolas przybył do Balcziku 15 października 1939 roku i momentalnie jak spod ziemi pojawili się zarówno rumuńscy żandarmi, jak i polscy dowódcy. Podpułkownik pilot Stanisław Nazarkiewicz objął dowodzenie nad transportem i na odprawie zarządzonej przed zaokrętowaniem kolejny raz podkreślał, że Rumunii będą skrupulatnie przeglądać bagaże i jak znajdą coś wojskowego, cały transport może nie wyjść w morze. Andrzej spojrzał na swoją walizkę. Tak niewiele tam zostało, wojskowego... I wtedy spostrzegł, jak jeden z pilotów wyciąga z walizki ViSa i ciska pistolet do wody. Ktoś inny wyrzucał kordzik lotniczy, inny wziął swoją gapę i rzucił w morze z okrzykiem:
-Leć orzełku!
Czyli nie tylko Andrzej zachował jakieś pamiątki. Spojrzał raz jeszcze na żandarmów, którzy stanęli przy trapie i zaczęli dokładnie sprawdzać każdą walizkę... To była ostatnia bariera, ale ta wyglądała naprawdę groźnie... Chyba ci żandarmi bardzo liczyli na hojną łapówkę...
Po pięciu godzinach podróży dotarli do Bazargic, gdzie wysiadła większość podróżnych. Zgodnie z przypuszczeniem, ci zebrali się w małe grupki i czekali na "radcę" Olszewskiego, jak tytułować się miał major. Po chwili wysoki cywil w znoszonym płaszczu zaczął podchodzić do kolejnych grup i rzucać dwa zdania. Gdy podszedł do Andrzeja i Mikołaja powiedział:
-Jestem radca Olszeweski. Za pół godziny sprzed dworca odjeżdża autobus do Balcic.
I ruszał dalej. W autobusie byli już sami Polacy.
W Balcic, małym rybackim porcie, położonym wśród malowniczych wzgórz, major stał się bardziej rozmowny. Okazało się, że tutejsi policjanci zostali przekupieni, podobnie jak kapitan statku, który miał nadpłynąć lada godzina i mogli tu czuć się swobodnie. Statek jednak opóźniał się. Piloci zostali zakwaterowani po pięciu w lokalnych domach (co za wygoda po ostatnich przeżyciach) i mieli czekać, przy okazji rozpoznając często kolegów, którzy w cywilnych ciuchach stali się jakby inni.
Grecki statek SS St. Nicolas przybył do Balcziku 15 października 1939 roku i momentalnie jak spod ziemi pojawili się zarówno rumuńscy żandarmi, jak i polscy dowódcy. Podpułkownik pilot Stanisław Nazarkiewicz objął dowodzenie nad transportem i na odprawie zarządzonej przed zaokrętowaniem kolejny raz podkreślał, że Rumunii będą skrupulatnie przeglądać bagaże i jak znajdą coś wojskowego, cały transport może nie wyjść w morze. Andrzej spojrzał na swoją walizkę. Tak niewiele tam zostało, wojskowego... I wtedy spostrzegł, jak jeden z pilotów wyciąga z walizki ViSa i ciska pistolet do wody. Ktoś inny wyrzucał kordzik lotniczy, inny wziął swoją gapę i rzucił w morze z okrzykiem:
-Leć orzełku!
Czyli nie tylko Andrzej zachował jakieś pamiątki. Spojrzał raz jeszcze na żandarmów, którzy stanęli przy trapie i zaczęli dokładnie sprawdzać każdą walizkę... To była ostatnia bariera, ale ta wyglądała naprawdę groźnie... Chyba ci żandarmi bardzo liczyli na hojną łapówkę...
Czasami brak taktyki, to jedyna możliwa taktyka....
PL_CMDR Blue R (Finek)
PL_CMDR Blue R (Finek)
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Andrzej wzruszył ramionami. Z wojskowych pamiątek została mu już tylko sama walizka, reszta została w ambasadzie...
- A jednak inni byli bardziej sentymentalni - pomyślał - kordzik może by jeszcze przeszedł jako nóż do otwierania puszek, ale... pistolet?
- A jednak inni byli bardziej sentymentalni - pomyślał - kordzik może by jeszcze przeszedł jako nóż do otwierania puszek, ale... pistolet?
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
- PL_CMDR Blue R
- Posty: 6869
- Rejestracja: 24 gru 2019, 20:16
- Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Nagle do Andrzeja podszedł pułkownik Nazarkiewicz i powiedział:
-Mam dla was zadanie. - to mówiąc położył praktycznie przed Andrzejem walizkę - Wniesiecie to na pokład i potem przekażecie mnie...
Andrzej spojrzał bardziej zaskoczony, niż oburzony. A dlaczego pułkownik nie mógł wnieść tego sam? Tymczasem pułkownik wyciągnął z kieszeni zwitek Lejów i podał Andrzejowi.
-Jakby chcieli przeszukać walizkę dajcie im to. To niezwykle ważne, aby zawartość walizki dotarła na pokład, a dalej do Francji. Mnie z tym nie przepuszczą - spojrzał na żandarmów - A przynajmniej nie z tą ilością pieniędzy. Was mogą mniej wycenić... - po czym spojrzał na Andrzeja i powiedział - Zbyt dobrze wiedzą, kogo przeszukać. Ktoś chyba sypnął nas.
-Mam dla was zadanie. - to mówiąc położył praktycznie przed Andrzejem walizkę - Wniesiecie to na pokład i potem przekażecie mnie...
Andrzej spojrzał bardziej zaskoczony, niż oburzony. A dlaczego pułkownik nie mógł wnieść tego sam? Tymczasem pułkownik wyciągnął z kieszeni zwitek Lejów i podał Andrzejowi.
-Jakby chcieli przeszukać walizkę dajcie im to. To niezwykle ważne, aby zawartość walizki dotarła na pokład, a dalej do Francji. Mnie z tym nie przepuszczą - spojrzał na żandarmów - A przynajmniej nie z tą ilością pieniędzy. Was mogą mniej wycenić... - po czym spojrzał na Andrzeja i powiedział - Zbyt dobrze wiedzą, kogo przeszukać. Ktoś chyba sypnął nas.
Czasami brak taktyki, to jedyna możliwa taktyka....
PL_CMDR Blue R (Finek)
PL_CMDR Blue R (Finek)
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
- Psiakość - pomyślał Andrzej - jeszcze tego mi brakowało. Wroga sobie zrobić z niego nie mogę, a na wdzięczność nie można za bardzo liczyć. Jednym słowem postawił mnie pod ścianą, dając bezwartościowe pieniążki...
-Tak jest - wymruczał, odbierając walizkę i plik banknotów. Zaraz też rozłożył banknoty na kilka kieszeni, aby a wszelki wypadek nie pokazywać Rumunom całej kwoty.
-Ech, najwyżej wrzucę walizę do wody - pomyślał - a na pokładzie gdzieś się schowam przed "jaśnie panem pułkownikiem".
Teraz Andrzej tachał już dwie walizy, swoją i "jaśnie pana" więc był świadomy że jego szanse na ucieczkę znacznie spadają. A jak cały transport wpadnie przez niego to już będzie katastrofa.
Jedyne co mógł zrobić to trochę wytaplać walizę w najbliższym błocku, aby sprawiała wrażenie nieco bardziej używanej.
- No nic - zachmurzył się - trzeba wykonać rozkaz kładąc głowę pod topór za nie swoje grzechy - Raz kozie śmierć - Idę.
I stanął w kolejce do trapu.
-Tak jest - wymruczał, odbierając walizkę i plik banknotów. Zaraz też rozłożył banknoty na kilka kieszeni, aby a wszelki wypadek nie pokazywać Rumunom całej kwoty.
-Ech, najwyżej wrzucę walizę do wody - pomyślał - a na pokładzie gdzieś się schowam przed "jaśnie panem pułkownikiem".
Teraz Andrzej tachał już dwie walizy, swoją i "jaśnie pana" więc był świadomy że jego szanse na ucieczkę znacznie spadają. A jak cały transport wpadnie przez niego to już będzie katastrofa.
Jedyne co mógł zrobić to trochę wytaplać walizę w najbliższym błocku, aby sprawiała wrażenie nieco bardziej używanej.
- No nic - zachmurzył się - trzeba wykonać rozkaz kładąc głowę pod topór za nie swoje grzechy - Raz kozie śmierć - Idę.
I stanął w kolejce do trapu.
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
- PL_CMDR Blue R
- Posty: 6869
- Rejestracja: 24 gru 2019, 20:16
- Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Oczywiście, gdy doszedł do trapu, zainteresowali się nim strażnicy. Dwóch podeszło do niego i każdy zainteresował się inną walizką. "Dokumenty"... Andrzej podał dokumenty z włożonym w nie pierwszym plikiem. Żandarm wyciągnął pieniądze, przekazał resztę dokumentów koledze i zajął się sprawdzaniem jakości rumuńskich banknotów. A drugi kolega stał i patrzył na Andrzeja, jakby na coś czekał...
Andrzej był zadowolony, że nie dał od razu całej kwoty, bo i drugi żandarm musiał dostać dolę. Był z niej chyba zadowolony, bo też zajął się sprawdzaniem wyglądu Rumuńskiej waluty, dając niedbale znak, aby Andrzej wszedł dalej. Dopiero na trapie Andrzeja kolejna rzecz trafiła. Jakby wiedział, że będzie w takiej sytuacji, to mógłby nie zostawiać nic w ambasadzie! Oczywiście. Mądry Polak po szkodzie. No, ale teraz co prędzej wszedł po trapie i oddaliwszy się od zejścia zajął pozycję bliżej rufy, patrząc, kiedy pułkownik wejdzie po trapie, aby móc pozbyć się ładunku... Ale o dwóch pozostałych zwitkach banknotów nawet nie myślał oddawać. Może we Francji wystarczy na jakieś ciastko, czy coś... a za ryzykowanie tym, że to on byłby uznany za osobę przez którą transport nie dojdzie do skutku należała się zapłata. Tymczasem Rumuńscy żandarmi szukali nowych ofiar. I chyba nie znajdowali nic, bo byli wyraźnie zdenerwowani... Odprawili nawet jedną osobę z kwitkiem. Andrzej śledził odprawionego. Oddalił się na środek kolejki, zamienił kapeluszami z kolegą i stał znowu... i tym razem wszedł. Chyba Rumuni odprawiali niektórych dla zasady. Nagle Andrzej dostrzegł podpułkownika. Odprawili go z kwitkiem... i to mimo, że widać było, że chciał im zapłacić. Coś było jednak na rzeczy... Podpułkownik wrócił drugi raz, ale znów go odprawili, a ilość czekających zmniejszała się z każdą chwilą.
Już wyglądało na to, że Andrzej zostanie z tajemniczą walizką do końca podróży, bo właśnie zaczęto opuszczać trap, gdy nagle podpułkownik Nazarkiewicz wystrzelił biegiem, wbiegając na opuszczany trap i rzucając w stronę żandarmów spory plik banknotów, zdołał wskoczyć na pokład. Andrzej zauważył, jak jeden z żandarmów chwyta za broń... ale nagle sytuację uspokoił jego dowódca, każąc mu pomóc pozbierać pieniądze.
Podpułkownik szybko odnalazł Andrzeja i powiedział:
-Przyczepiły się chamy. Chodźcie, schowamy walizkę w mojej kabinie.
No tak. Dla oficerów musiała być kabina. Aż Andrzej miał ochotę powiedzieć, aby jaśnie pan sam sobie niósł walizkę, ale zacisnął zęby i poszedł za oficerem myśląc "to już zaraz". Weszli do kabiny i tu Andrzejowi trochę zeszła złość. "Kabina" była ciasną klitką, z łóżkiem i niewielkim stolikiem oraz małą szafką. Gdyby tylko słyszał, że podpułkownik ma kabinę, to pewnie uznałby ją za mały salonik. Podpułkownik odebrał walizkę i powiedział:
-Dziękuję za pomoc. Ojczyzna jest z was dumna.
Po czym zajął się otwieraniem walizki. Andrzej, wreszcie zwolniony z roli tragarza, opuścił kabinę, ale zamykając drzwi dostrzegł jeszcze, jak podpułkownik ja otwiera i wyciąga z wierzchu piękny, nowiutki mundur z odznaczeniami stopnia. Gdy drzwi się zamknęły, Andrzejowi znów ciśnienie wzrosło. Ma nadzieję, że pod mundurem były jeszcze jakieś ukryte dokumenty, bo jak narażał się dla jakiegoś munduru, to coś mogło go trafić... No to państwo mają kabiny, a Andrzej kierował się w stronę ładowni i korytarzy, gdzie liczył na znalezienie jakiegoś kąta, w którym spędzi podróż...
Andrzej był zadowolony, że nie dał od razu całej kwoty, bo i drugi żandarm musiał dostać dolę. Był z niej chyba zadowolony, bo też zajął się sprawdzaniem wyglądu Rumuńskiej waluty, dając niedbale znak, aby Andrzej wszedł dalej. Dopiero na trapie Andrzeja kolejna rzecz trafiła. Jakby wiedział, że będzie w takiej sytuacji, to mógłby nie zostawiać nic w ambasadzie! Oczywiście. Mądry Polak po szkodzie. No, ale teraz co prędzej wszedł po trapie i oddaliwszy się od zejścia zajął pozycję bliżej rufy, patrząc, kiedy pułkownik wejdzie po trapie, aby móc pozbyć się ładunku... Ale o dwóch pozostałych zwitkach banknotów nawet nie myślał oddawać. Może we Francji wystarczy na jakieś ciastko, czy coś... a za ryzykowanie tym, że to on byłby uznany za osobę przez którą transport nie dojdzie do skutku należała się zapłata. Tymczasem Rumuńscy żandarmi szukali nowych ofiar. I chyba nie znajdowali nic, bo byli wyraźnie zdenerwowani... Odprawili nawet jedną osobę z kwitkiem. Andrzej śledził odprawionego. Oddalił się na środek kolejki, zamienił kapeluszami z kolegą i stał znowu... i tym razem wszedł. Chyba Rumuni odprawiali niektórych dla zasady. Nagle Andrzej dostrzegł podpułkownika. Odprawili go z kwitkiem... i to mimo, że widać było, że chciał im zapłacić. Coś było jednak na rzeczy... Podpułkownik wrócił drugi raz, ale znów go odprawili, a ilość czekających zmniejszała się z każdą chwilą.
Już wyglądało na to, że Andrzej zostanie z tajemniczą walizką do końca podróży, bo właśnie zaczęto opuszczać trap, gdy nagle podpułkownik Nazarkiewicz wystrzelił biegiem, wbiegając na opuszczany trap i rzucając w stronę żandarmów spory plik banknotów, zdołał wskoczyć na pokład. Andrzej zauważył, jak jeden z żandarmów chwyta za broń... ale nagle sytuację uspokoił jego dowódca, każąc mu pomóc pozbierać pieniądze.
Podpułkownik szybko odnalazł Andrzeja i powiedział:
-Przyczepiły się chamy. Chodźcie, schowamy walizkę w mojej kabinie.
No tak. Dla oficerów musiała być kabina. Aż Andrzej miał ochotę powiedzieć, aby jaśnie pan sam sobie niósł walizkę, ale zacisnął zęby i poszedł za oficerem myśląc "to już zaraz". Weszli do kabiny i tu Andrzejowi trochę zeszła złość. "Kabina" była ciasną klitką, z łóżkiem i niewielkim stolikiem oraz małą szafką. Gdyby tylko słyszał, że podpułkownik ma kabinę, to pewnie uznałby ją za mały salonik. Podpułkownik odebrał walizkę i powiedział:
-Dziękuję za pomoc. Ojczyzna jest z was dumna.
Po czym zajął się otwieraniem walizki. Andrzej, wreszcie zwolniony z roli tragarza, opuścił kabinę, ale zamykając drzwi dostrzegł jeszcze, jak podpułkownik ja otwiera i wyciąga z wierzchu piękny, nowiutki mundur z odznaczeniami stopnia. Gdy drzwi się zamknęły, Andrzejowi znów ciśnienie wzrosło. Ma nadzieję, że pod mundurem były jeszcze jakieś ukryte dokumenty, bo jak narażał się dla jakiegoś munduru, to coś mogło go trafić... No to państwo mają kabiny, a Andrzej kierował się w stronę ładowni i korytarzy, gdzie liczył na znalezienie jakiegoś kąta, w którym spędzi podróż...
Czasami brak taktyki, to jedyna możliwa taktyka....
PL_CMDR Blue R (Finek)
PL_CMDR Blue R (Finek)
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
"Ojczyzna jest z was dumna" - znaczy w ustach pana oficera - "murzyn zrobić swoje, murzyn może odejść" - ponuro pomyślał Andrzej.
Ale nic to, może uda się w przyszłości wykorzystać tą "nową" znajomość.
Teraz pozostało tylko znaleźć jakiś kącik, zorientować się gdzie kuchnia i przeliczyć otrzymane leje i spróbować wymienić na greckie drahmy albo franki. Pewnie bo zbójeckim kursie, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.
Ale nic to, może uda się w przyszłości wykorzystać tą "nową" znajomość.
Teraz pozostało tylko znaleźć jakiś kącik, zorientować się gdzie kuchnia i przeliczyć otrzymane leje i spróbować wymienić na greckie drahmy albo franki. Pewnie bo zbójeckim kursie, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
- PL_CMDR Blue R
- Posty: 6869
- Rejestracja: 24 gru 2019, 20:16
- Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Już następnego dnia podpułkownik stracił cały autorytet wśród pilotów, gdy pojawił się na pokładzie w mundurze z dystynkcjami i medalami. Najbardziej wściekli byli chyba ci, którzy jeszcze w Balcziku wyrzucali ostatnie pamiątki. Nie tylko mruczano za jego plecami, a nawet gwizdano i buczano, ale nawet wprost odważono się to wypomnieć! I podpułkownik zamiast jakoś z tego wybrnąć, brnął w to jeszcze dalej, mówiąc, że ktoś musi świecić przykładem, a pułkownik lotnictwa prowadzący pilotów musi wyglądać dystyngowanie. Andrzej miał tylko nadzieję, że ktoś krewki nie wyrzuci podpułkownika za burtę, bo wówczas nawet to noszenie walizki będzie stratą, a ciągle trzymał się nadziei, że o ile z pilotami pułkownik się nie dogaduje, to pewnie z wyższymi szarżami już tak. Więc Andrzej swoje mruczał i wymyślał tylko w myślach.
Statek 21 października dotarł do Bejrutu, gdzie na polskich pilotów czekał francuski drobnicowiec SS Ville de Strasbourgh. Tam warunki były zdecydowanie lepsze od greckiego statku, nawet były powstawiane piętrowe łóżka! Na dodatek wypłynęli pod eskortą francuskiego niszczyciela. Coraz bardziej Andrzej czuł się jak żołnierz.
I wreszcie o poranku 30 października 1939 roku, statek dotarł do Marsylii. I tu zaczęło się zaskoczenie. Zacumowali naprzeciw wojskowej orkiestry, a w pobliżu miejsca cumowania powiewały flagi Francuska i Polska. Gdy ten prowadzony przez podpułkownika (oczywiście w mundurze) tłum w cywilnych ubraniach schodził z pokładu, orkiestra zaczęła grać, a francuscy oficerowie poprowadzili grupę do udekorowanej we flagi hali portowej... gdzie czekały pokryte białym obrusem stoły pełne zakąsek, ciast, owoców i wina. Poplamione i sfatygowane ubrania, które nosili piloci mocno kontrastowały z tym wystrojem, z tymi błyszczącymi sztućcami i kieliszkami, a młode francuski w białych fartuszkach zachęcały pilotów do zajęcia miejsc. W zasadzie tylko podpułkownik i francuski oficer pasowali do tego miejsca. "Święty" wydawał się tym jednak nie przejmować.
-No nareszcie. Po tym żarciu na statkach i Rumuńskiej kuchni, wreszcie coś porządnego. A Francja słynie z dobrej kuchni i dobrych win, Andrzeju!
Statek 21 października dotarł do Bejrutu, gdzie na polskich pilotów czekał francuski drobnicowiec SS Ville de Strasbourgh. Tam warunki były zdecydowanie lepsze od greckiego statku, nawet były powstawiane piętrowe łóżka! Na dodatek wypłynęli pod eskortą francuskiego niszczyciela. Coraz bardziej Andrzej czuł się jak żołnierz.
I wreszcie o poranku 30 października 1939 roku, statek dotarł do Marsylii. I tu zaczęło się zaskoczenie. Zacumowali naprzeciw wojskowej orkiestry, a w pobliżu miejsca cumowania powiewały flagi Francuska i Polska. Gdy ten prowadzony przez podpułkownika (oczywiście w mundurze) tłum w cywilnych ubraniach schodził z pokładu, orkiestra zaczęła grać, a francuscy oficerowie poprowadzili grupę do udekorowanej we flagi hali portowej... gdzie czekały pokryte białym obrusem stoły pełne zakąsek, ciast, owoców i wina. Poplamione i sfatygowane ubrania, które nosili piloci mocno kontrastowały z tym wystrojem, z tymi błyszczącymi sztućcami i kieliszkami, a młode francuski w białych fartuszkach zachęcały pilotów do zajęcia miejsc. W zasadzie tylko podpułkownik i francuski oficer pasowali do tego miejsca. "Święty" wydawał się tym jednak nie przejmować.
-No nareszcie. Po tym żarciu na statkach i Rumuńskiej kuchni, wreszcie coś porządnego. A Francja słynie z dobrej kuchni i dobrych win, Andrzeju!
Czasami brak taktyki, to jedyna możliwa taktyka....
PL_CMDR Blue R (Finek)
PL_CMDR Blue R (Finek)
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
- Andrzej nie odezwał się. "Święty" zdziwiony spojrzał na kolegę... i aż zaczął się śmiać widząc minę Andrzej. - No chodź, chodź - powiedział ciągnąc Andrzeja wciąż nie wierzącego na co patrzy - ja też dawno nie widziałem takich frykasów.
- No jak takie zaopatrzenie mają dla uciekinierów, którzy formalnie nie są wciągnięci na stan - wybełkotał Andrzej - to sam nie wiem czego się spodziewać jutro.
- No jak takie zaopatrzenie mają dla uciekinierów, którzy formalnie nie są wciągnięci na stan - wybełkotał Andrzej - to sam nie wiem czego się spodziewać jutro.
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
- PL_CMDR Blue R
- Posty: 6869
- Rejestracja: 24 gru 2019, 20:16
- Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Z przemów, które wygłaszali Francuzi Andrzej niewiele rozumiał, ale wkrótce poznał ich streszczenie. Były to pochwały na rzecz bohaterskiej walki jaką stoczyli Polscy piloci we wrześniu. Najwyraźniej Francuzom zaimponowała krótkotrwała, ale bohaterska obrona.
Po fecie, pilotów podzielono na oficerów, podoficerów i szeregowców i skierowano do osobnych autokarów, które zabrały pilotów do osobnych obozów przejściowych. Andrzej i Mikołaj trafili na lotnisko w Salon-de-Provance, gdzie przygotowany był dla nich murowany barak, odpowiednio wyposażony dla oficerów: żołnierskie łóżka z siennikami i czystą pościelą, nocne szafki, szafki na ubrania oraz taborety i stoły. Żeby jeszcze było co w tych szafkach trzymać. W Polsce Andrzej nie zdążył zażyć oficerskiego życia i jak okazało się, we Francji miał szansę to w pewnym stopniu nadrobić.
O wyżywienie martwić się nie musieli. W Kasynie oficerskim wyżywienie było obfite i smaczne, a na dodatek do obiadu zawsze podawano na każdą parę oficerów butelkę czerwonego wina. Francuscy oficerowie byli przyjaźni i pomocni. Nikt też nie ograniczał wyjść do miasta, a i dowódca bazy kazał wypłacić polakom trochę pieniędzy na drobne wydatki, które "w przyszłości" miały być oddane z poborów, które mieli dostać.
Jednak na mieście nie czuło się wojny. Życie toczyło się w nim pokojowym trybem i nawet nie było zaciemnione w nocy. Jakby nie przyciemnienia na reflektorach i plakaty, można by było uznać, że Francja nie toczy wojny i tylko lotnisko świadczyło o udziale w wojnie. Było puste, bo eskadra bombowców Potez, która tutaj stacjonowała, udała się na front, zostawiając tylko kilka wymagających remontu bombowców, które zapewne potem polecą na front. A co z Polakami? Oni też polecą na front? I co z mundurami? Wciąż posiadali tylko te cywilne ubrania, które przywieźli tutaj z Rumunii. Czy nie pozostaną tu w stanie zawieszenia, tak jak podawało Francuskie radio o froncie, że "z frontu nie ma nic do zakomunikowania"? Wyglądało, jakby w wojnie nastąpiła jakaś przerwa. Na dodatek polscy oficerowie, którzy przybywali tu z Paryża, nie przekazywali co będzie dalej, a głównie zajmowali się weryfikacją, czy piloci są tymi za kogo się podają. I do Andrzeja i Świętego mieli chyba zastrzeżenia, gdyż zakończyli wywiad stwierdzeniem, że za tydzień wrócą i jak do tego czasu Andrzej i Święty znajdą kogoś, kto potwierdzi, że walczyli w 121-szej, to niech go skierują do nich.
I na czekaniu na dalszy los oraz przybycie kolegów miejscu miały dni w Salon. Najstarszy stopniem pilot, major Mieczysław Mümler zajął się organizacją czasu, głównie skupiając go na nauce języka francuskiego, która miała przydać się w przyszłości, ale nie zmieniało to faktu, że nie wiedzieli, co będzie dalej.
"Świętego" martwił też fakt, że w Paryżu ulokował się nowy rząd Polski. A raczej opozycja Rządu Polskiego.
-Nikogo z rządu Polskiego w nim nie ma! - powiedział Święty - Sikorski woli trzymać z Witosem, Hallerem i Mikołajczykiem. To ci co wspierali strajki i woleli być nie w sojuszu z Francją, jak równy z równym, a być podnóżkiem Francji. Daladier ponoć nieźle to rozegrał. Mówią, że wielu żołnierzy nie przechodzi tutaj, bo nie uznają tego rządu. Cholera, jeszcze ci będą toczyć wojenkę na górze, zamiast zająć się ratowaniem Ojczyzny. A powinni stanąć razem, podzielić się władzą zgodnie z tym jak było przed wojną i razem ciągnąć do końca... Zmieniać władzę to się robi po wojnie, a nie podczas. Boję się tego co będzie...*
=====
*Aby lepiej zrozumieć.
Wyobraź sobie, ze w 2022 roku Polskę napada Rosja. Po klęsce rząd Morawieckiego ucieka i zostaje internowany na Słowacji, która ogłasza neutralność, a w Niemczech Sikorski [tyle, ze Radosław] tworzy rząd z polityków PO i ogłasza, że będzie walczyć u boku swojego sojusznika, Niemiec pod przywództwem Angeli Merkel {w tej roli premier Francji Daladier} i nie dopuszcza do rządu nikogo z PiSu, za to zaprasza Lewicę.
Tak wyglądała polityczna rzeczywistość rządu na uchodźstwie we Francji
Po fecie, pilotów podzielono na oficerów, podoficerów i szeregowców i skierowano do osobnych autokarów, które zabrały pilotów do osobnych obozów przejściowych. Andrzej i Mikołaj trafili na lotnisko w Salon-de-Provance, gdzie przygotowany był dla nich murowany barak, odpowiednio wyposażony dla oficerów: żołnierskie łóżka z siennikami i czystą pościelą, nocne szafki, szafki na ubrania oraz taborety i stoły. Żeby jeszcze było co w tych szafkach trzymać. W Polsce Andrzej nie zdążył zażyć oficerskiego życia i jak okazało się, we Francji miał szansę to w pewnym stopniu nadrobić.
O wyżywienie martwić się nie musieli. W Kasynie oficerskim wyżywienie było obfite i smaczne, a na dodatek do obiadu zawsze podawano na każdą parę oficerów butelkę czerwonego wina. Francuscy oficerowie byli przyjaźni i pomocni. Nikt też nie ograniczał wyjść do miasta, a i dowódca bazy kazał wypłacić polakom trochę pieniędzy na drobne wydatki, które "w przyszłości" miały być oddane z poborów, które mieli dostać.
Jednak na mieście nie czuło się wojny. Życie toczyło się w nim pokojowym trybem i nawet nie było zaciemnione w nocy. Jakby nie przyciemnienia na reflektorach i plakaty, można by było uznać, że Francja nie toczy wojny i tylko lotnisko świadczyło o udziale w wojnie. Było puste, bo eskadra bombowców Potez, która tutaj stacjonowała, udała się na front, zostawiając tylko kilka wymagających remontu bombowców, które zapewne potem polecą na front. A co z Polakami? Oni też polecą na front? I co z mundurami? Wciąż posiadali tylko te cywilne ubrania, które przywieźli tutaj z Rumunii. Czy nie pozostaną tu w stanie zawieszenia, tak jak podawało Francuskie radio o froncie, że "z frontu nie ma nic do zakomunikowania"? Wyglądało, jakby w wojnie nastąpiła jakaś przerwa. Na dodatek polscy oficerowie, którzy przybywali tu z Paryża, nie przekazywali co będzie dalej, a głównie zajmowali się weryfikacją, czy piloci są tymi za kogo się podają. I do Andrzeja i Świętego mieli chyba zastrzeżenia, gdyż zakończyli wywiad stwierdzeniem, że za tydzień wrócą i jak do tego czasu Andrzej i Święty znajdą kogoś, kto potwierdzi, że walczyli w 121-szej, to niech go skierują do nich.
I na czekaniu na dalszy los oraz przybycie kolegów miejscu miały dni w Salon. Najstarszy stopniem pilot, major Mieczysław Mümler zajął się organizacją czasu, głównie skupiając go na nauce języka francuskiego, która miała przydać się w przyszłości, ale nie zmieniało to faktu, że nie wiedzieli, co będzie dalej.
"Świętego" martwił też fakt, że w Paryżu ulokował się nowy rząd Polski. A raczej opozycja Rządu Polskiego.
-Nikogo z rządu Polskiego w nim nie ma! - powiedział Święty - Sikorski woli trzymać z Witosem, Hallerem i Mikołajczykiem. To ci co wspierali strajki i woleli być nie w sojuszu z Francją, jak równy z równym, a być podnóżkiem Francji. Daladier ponoć nieźle to rozegrał. Mówią, że wielu żołnierzy nie przechodzi tutaj, bo nie uznają tego rządu. Cholera, jeszcze ci będą toczyć wojenkę na górze, zamiast zająć się ratowaniem Ojczyzny. A powinni stanąć razem, podzielić się władzą zgodnie z tym jak było przed wojną i razem ciągnąć do końca... Zmieniać władzę to się robi po wojnie, a nie podczas. Boję się tego co będzie...*
=====
*Aby lepiej zrozumieć.
Wyobraź sobie, ze w 2022 roku Polskę napada Rosja. Po klęsce rząd Morawieckiego ucieka i zostaje internowany na Słowacji, która ogłasza neutralność, a w Niemczech Sikorski [tyle, ze Radosław] tworzy rząd z polityków PO i ogłasza, że będzie walczyć u boku swojego sojusznika, Niemiec pod przywództwem Angeli Merkel {w tej roli premier Francji Daladier} i nie dopuszcza do rządu nikogo z PiSu, za to zaprasza Lewicę.
Tak wyglądała polityczna rzeczywistość rządu na uchodźstwie we Francji
Czasami brak taktyki, to jedyna możliwa taktyka....
PL_CMDR Blue R (Finek)
PL_CMDR Blue R (Finek)
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Wojenki na górze to nasza specjalność, w końcu chyba to doprowadziło do rozbiorów. Aż dziw że 1918 się jakoś udało.
Ech - mruknął Andrzej - będzie co będzie. Byle żeby kuchnia była dobrze wyposażona.
Fracuzi maja chyba jakaś dziwną taktykę wojny, ale może wiążą sojusze? Kto ich tam wie...
Ech - mruknął Andrzej - będzie co będzie. Byle żeby kuchnia była dobrze wyposażona.
Fracuzi maja chyba jakaś dziwną taktykę wojny, ale może wiążą sojusze? Kto ich tam wie...
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
- PL_CMDR Blue R
- Posty: 6869
- Rejestracja: 24 gru 2019, 20:16
- Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
Z kolejnymi dniami przybywali nowi koledzy, w tym wiele znajomych twarzy. Między innymi podporucznicy Gwarczyński i Żwirko, a potem też i porucznik Wacław Król. I to oni raz jeszcze potwierdzali tożsamość Andrzeja i Świętego. I coś ten drugi wyszedł ze spotkania skrzywiony. A potem znów wrócili do swojej apatii oczekiwania. Zaczęły myśli krążyć o rodzinach, co zostały w Polsce. Czy żyją? Czy są cali? Niejeden zostawił w kraju dziecko, czy ciężarną żonę. Czerwony Krzyż oferował próbę dostarczenia listu, ale było pytanie, czy trafią do adresata, a jak trafią, czy nie spowodują więcej problemów, gdy Niemcy wykorzystają to przeciw rodzinom.
Wiadomości z Paryża były mgliste. "Trwają ustalenia". Dodatkowo docierały wieści, że niektórzy wysocy rangą oficerowie zamiast walczyć przywłaszczali sobie pieniądze. I dziwnie byli to politycy przeciwni Sikorskiemu. Wojna na górze chyba trwała w najlepsze i to dodatkowo rozluźniało dyscyplinę.
Nastał grudzień, a wraz z grudniem spadł śnieg. Andrzej był zdziwiony, że Francuzi zareagowali na to, jakby co najmniej przeszedł huragan, ale szybko koledzy wytłumaczyli mu, że na tej szerokości geograficznej tak blisko Morza Śródziemnego teraz powinna panować pogoda końcówki września. I okazało się, że ta przedwczesna zima powodowała nowe problemy. W Salon nie było wystarczająco węgla, aby ogrzewać cały kompleks. W nocy spali w ubraniach, a za dnia zbierali się w kantynie, która była najcieplejszych pomieszczeniem w okolicy. I wtedy nadeszła wiadomość na którą wszyscy czekali. Do Salon przybył major Wyrwicki z poleceniem, aby piloci myśliwscy skierowali się do "Polskiej Bazy Lotniczej w Lyon-Bron[/url]
27 marca 1940 Lotnisko Lyon-Bron, Południowa Francja
9:25
Piloci już stali w gotowości i zerkali w stronę bramy, czy generał już przybył. Andrzej również zerkał i przypomniał sobie jak sam pierwszy raz przekroczył tą bramę i zobaczył to miejsce, które wtedy było obce, a teraz jakby stało się domem, który znów musiał pożegnać. Nie pierwsze nie ostatnie miejsce. Ale z Bron zaczęło się w połowie grudnia, gdy przyjechali pociągiem do Lyonu.
Grudzień 1939
W pierwszej chwili baza lotnicza zrobiła złe wrażenie, porównując ze świetnie zorganizowanym Salon. Nawet z kwaterami był problem. Oficerów rozmieszczono w prywatnych kwaterach w mieście, ale podoficerowie i żołnierze byli kwaterowani nawet w hangarach warsztatowych. Na dodatek brakowało łóżek, sienników i koców, a fala mrozu pogłębiała się, a i tutejszy garnizon nie kwapił się z wypłacaniem zaliczek na poczet poborów. Brakowało mundurów, wyposażenia, pieniędzy... Na dodatek, znów musieli czekać! Pojawiła się co prawda propozycja z Wielkiej Brytanii, że przyjmą pilotów do RAF i rząd Polski wyraził zgodę, ale jakoś Andrzej wolał nie opuszczać polskiego lotnictwa, nawet w takiej rozsypce.
I wtedy pojawił się on. Bunt. I kto inny mógł go przynieść do Andrzeja, jak nie główny poplecznik odsuniętej od władzy Sanacji, czyli "Święty". Skąd zdobył ulotkę, Andrzej nie wiedział, ale była ona podpisana przez generała brygady Ludomiła Rayskiego, przez wiele lat dowódcę lotnictwa Polskiego. Z ulotki wynikało, że generał Zając zmarnował cały dorobek ciężkiej pracy generała Rayskiego i to w przededniu wojny, min. odmawiając zmontowania dla polskich eskadr samolotów PZL P.24, zamiast tego przeznaczając pieniądze na zakup samolotów za granicą, które nie zdążyły się ziścić. Ulotkę kończyło stwierdzenie, że obecnie generał Zając jest zajęty szukaniem winnych swojej klęski,. a Rayski, który do 1939 dbał o rozwój lotnictwa, ma zostać uczynionym kozłem ofiarnym. W ostatnich zdaniach Rayski stwierdzał, ze najbardziej boli go to dlatego, że tyle lat poświęcił budowie polskiego lotnictwa, które przez lata przodowało w rozwoju lotniczym.
Święty powiedział:
-Młodzi piloci mają dość tej wojny na górze. Sikorski zachowuje się, jakby właśnie wygrał wybory i Polacy pokazali, że nie chcą prezydenta Mościckiego i marszałka Śmigłego-Rydza, ale przecież to nieprawda. Jakby zamiast tego skupił się na ustaleniu z Francją kwestii wojskowych, to bylibyśmy już na samolotach... No, a przynajmniej się na nich szkolili. A tak? Ani mundurów, ani ubrań, ani pieniędzy... Nie mówiąc o tym, że sierżant Flanek śpi na materacu na korytarzu, bo innego miejsca nie ma. Cholera, nawet węgla nie ma! Jakbym wiedział, ze tak będzie, to wtedy w Rumunii, co nas wieźli węglarkami... Ach, ciebie wtedy nie było, racja - palnął się w czoło - Aby choć powiedzieli, jaki jest plan! Co to? Tajemnica wojskowa? A może jednak Francuzi powiedzieli, że nas nie chcą i boją się nam tego powiedzieć. Brak informacji jest gorszy od złej informacji. Powinniśmy wysłać naszych przedstawicieli do Paryża, niech powiedzą, co myślimy i niech ten nasz opozycyjny rząd powie, jaki ma na nas plan, bo może trzeba było jednak jechać do Wielkiej Brytanii, a nie czekać na koniec wojenki na górze.
Wiadomości z Paryża były mgliste. "Trwają ustalenia". Dodatkowo docierały wieści, że niektórzy wysocy rangą oficerowie zamiast walczyć przywłaszczali sobie pieniądze. I dziwnie byli to politycy przeciwni Sikorskiemu. Wojna na górze chyba trwała w najlepsze i to dodatkowo rozluźniało dyscyplinę.
Nastał grudzień, a wraz z grudniem spadł śnieg. Andrzej był zdziwiony, że Francuzi zareagowali na to, jakby co najmniej przeszedł huragan, ale szybko koledzy wytłumaczyli mu, że na tej szerokości geograficznej tak blisko Morza Śródziemnego teraz powinna panować pogoda końcówki września. I okazało się, że ta przedwczesna zima powodowała nowe problemy. W Salon nie było wystarczająco węgla, aby ogrzewać cały kompleks. W nocy spali w ubraniach, a za dnia zbierali się w kantynie, która była najcieplejszych pomieszczeniem w okolicy. I wtedy nadeszła wiadomość na którą wszyscy czekali. Do Salon przybył major Wyrwicki z poleceniem, aby piloci myśliwscy skierowali się do "Polskiej Bazy Lotniczej w Lyon-Bron[/url]
27 marca 1940 Lotnisko Lyon-Bron, Południowa Francja
9:25
Piloci już stali w gotowości i zerkali w stronę bramy, czy generał już przybył. Andrzej również zerkał i przypomniał sobie jak sam pierwszy raz przekroczył tą bramę i zobaczył to miejsce, które wtedy było obce, a teraz jakby stało się domem, który znów musiał pożegnać. Nie pierwsze nie ostatnie miejsce. Ale z Bron zaczęło się w połowie grudnia, gdy przyjechali pociągiem do Lyonu.
Grudzień 1939
W pierwszej chwili baza lotnicza zrobiła złe wrażenie, porównując ze świetnie zorganizowanym Salon. Nawet z kwaterami był problem. Oficerów rozmieszczono w prywatnych kwaterach w mieście, ale podoficerowie i żołnierze byli kwaterowani nawet w hangarach warsztatowych. Na dodatek brakowało łóżek, sienników i koców, a fala mrozu pogłębiała się, a i tutejszy garnizon nie kwapił się z wypłacaniem zaliczek na poczet poborów. Brakowało mundurów, wyposażenia, pieniędzy... Na dodatek, znów musieli czekać! Pojawiła się co prawda propozycja z Wielkiej Brytanii, że przyjmą pilotów do RAF i rząd Polski wyraził zgodę, ale jakoś Andrzej wolał nie opuszczać polskiego lotnictwa, nawet w takiej rozsypce.
I wtedy pojawił się on. Bunt. I kto inny mógł go przynieść do Andrzeja, jak nie główny poplecznik odsuniętej od władzy Sanacji, czyli "Święty". Skąd zdobył ulotkę, Andrzej nie wiedział, ale była ona podpisana przez generała brygady Ludomiła Rayskiego, przez wiele lat dowódcę lotnictwa Polskiego. Z ulotki wynikało, że generał Zając zmarnował cały dorobek ciężkiej pracy generała Rayskiego i to w przededniu wojny, min. odmawiając zmontowania dla polskich eskadr samolotów PZL P.24, zamiast tego przeznaczając pieniądze na zakup samolotów za granicą, które nie zdążyły się ziścić. Ulotkę kończyło stwierdzenie, że obecnie generał Zając jest zajęty szukaniem winnych swojej klęski,. a Rayski, który do 1939 dbał o rozwój lotnictwa, ma zostać uczynionym kozłem ofiarnym. W ostatnich zdaniach Rayski stwierdzał, ze najbardziej boli go to dlatego, że tyle lat poświęcił budowie polskiego lotnictwa, które przez lata przodowało w rozwoju lotniczym.
Święty powiedział:
-Młodzi piloci mają dość tej wojny na górze. Sikorski zachowuje się, jakby właśnie wygrał wybory i Polacy pokazali, że nie chcą prezydenta Mościckiego i marszałka Śmigłego-Rydza, ale przecież to nieprawda. Jakby zamiast tego skupił się na ustaleniu z Francją kwestii wojskowych, to bylibyśmy już na samolotach... No, a przynajmniej się na nich szkolili. A tak? Ani mundurów, ani ubrań, ani pieniędzy... Nie mówiąc o tym, że sierżant Flanek śpi na materacu na korytarzu, bo innego miejsca nie ma. Cholera, nawet węgla nie ma! Jakbym wiedział, ze tak będzie, to wtedy w Rumunii, co nas wieźli węglarkami... Ach, ciebie wtedy nie było, racja - palnął się w czoło - Aby choć powiedzieli, jaki jest plan! Co to? Tajemnica wojskowa? A może jednak Francuzi powiedzieli, że nas nie chcą i boją się nam tego powiedzieć. Brak informacji jest gorszy od złej informacji. Powinniśmy wysłać naszych przedstawicieli do Paryża, niech powiedzą, co myślimy i niech ten nasz opozycyjny rząd powie, jaki ma na nas plan, bo może trzeba było jednak jechać do Wielkiej Brytanii, a nie czekać na koniec wojenki na górze.
Czasami brak taktyki, to jedyna możliwa taktyka....
PL_CMDR Blue R (Finek)
PL_CMDR Blue R (Finek)
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
A co Ci to da? - skrzywił się Andrzej - każdy z góry będzie mówił, że to nie on, to tamci są winni klęski. Po co my mamy być wciągani w te ich wojenki? Ja chcę szkolenie, samolot, i możliwość bicia Niemca chociażby na granicy. A to - wskazał na ulotkę - to ichnia propaganda. Propaganda panów "oficjerów". Czas rozliczenia przyjdzie po wojnie, jak już będzie wiadomo kto wydał rozkaz.
- Z drugiej strony - zastanowił się - nie raz i nie dwa zdarza się że pieniążki są kierowane w ślepy zaułek, i dopiero po fakcie widać że nie tędy droga. To chyba przypadłość każdej armii - założę się że i Francuzi i Angole mają swoje za uszami. Aczkolwiek jak sobie pomyślę na czym latają Niemcy to aż mnie skręca...
- Ale zaraz - powiedział Andrzej - Anglicy sami się do naszych zwrócili oferując szkolenie w RAF? Mają więcej samolotów niż pilotów?
- Z drugiej strony - zastanowił się - nie raz i nie dwa zdarza się że pieniążki są kierowane w ślepy zaułek, i dopiero po fakcie widać że nie tędy droga. To chyba przypadłość każdej armii - założę się że i Francuzi i Angole mają swoje za uszami. Aczkolwiek jak sobie pomyślę na czym latają Niemcy to aż mnie skręca...
- Ale zaraz - powiedział Andrzej - Anglicy sami się do naszych zwrócili oferując szkolenie w RAF? Mają więcej samolotów niż pilotów?
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
- PL_CMDR Blue R
- Posty: 6869
- Rejestracja: 24 gru 2019, 20:16
- Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
-Tak. Mają samoloty i brak im pilotów. Mnie osobiście nikt nie pytał, ale kilkoro pilotów wyjechało. Chyba brali tych, co umieli język Angielski... Jakby Anglicy nie mogli nauczyć się jakiegoś języka, który jest powszechny... - powiedział "Święty", jakby były to mało ważne informacje, po czym bardziej żywiołowo dodał - I Andrzeju, nie chodzi o pieniądze, marnotrawstwo, ani kto jest winny, tylko co dalej. Właśnie o samoloty. Ja tam mogę wziąć nawet samolot od komunistów, jak będę mógł walczyć z Niemcami. Ale chodzi o to, aby góra zainteresowała się tym, co się dzieje. Co to? Łóżek w całej Francji nie ma? Chyba trzeba zaczynać od tego co ważne. Rozliczenia jak mówisz, po wojnie, a nie jak oni, że od tego zaczynają. Ale skoro już ten nie-nasz rząd rządzi nami, to niech da nam możliwość walczenia! Marszałek by tak tego nie zostawił. Ale trzeba im powiedzieć, że jak już chcą być naszym rządem, to niech zajmą się tym, co ważne dla Polski, a nie dla nich! Nami, żołnierzami, abyśmy mogli walczyć! Bo w końcu tu nie chodzi o to kto jest u władzy, a o Ojczyznę! Może taka delegacja naszych spowoduje, ze pukną się w głowę i zobaczą, że jak chcą potem być tymi, co zrobili coś dobrego dla Ojczyzny, to niech zaczną to robić! A po wojnie już my ich rozliczymy za te ich wojenki na górze i nasi wrócą do władzy... Ale najpierw tą wojnę musimy wygrać!
Czasami brak taktyki, to jedyna możliwa taktyka....
PL_CMDR Blue R (Finek)
PL_CMDR Blue R (Finek)
Re: R1 - ppor. Andrzej Baran- Zew latania
- Marszałek też ma swoje za uszami - odparł Andrzej, a gdy Święty spojrzał krzywo na Andrzeja, ten dokończył:
- Chyba nie chcesz powiedzieć że obalenie legalnie wybranego rządu jest w porządku?
Święty zbierał się aby coś powiedzieć - ale Andrzej mu nie dał tej satysfakcji: - wiem, wiem, racja stanu, ale i tak zawsze chodzi o to samo. O władzę.
Teraz te koguty na szczycie też się dziobią i będą się płaszczyć przed sojusznikami. I sprzedadzą nas bez mrugnięcia okiem jeżeli tylko pojawi się sznasa że na tym wyjdą lepiej.
Zresztą powiem Ci jedno - oparł Andrzej po chwili milczenia - znajdą się i porządne kwatery, i wygodne łóżka, i samoloty wraz z obsługą jeżeli tylko staniemy się potrzebni. A teraz? Francuzi siedzą za tę swoją linią umocnień i liczą aż Hitler będzie się rozbijał o nie i wytracał swoje dywizje. Tylko jeśli Niemcy wzmacnią swoje umocnienia, to nie wiem jak Francja chce wygrać tę wojnę.
- Chyba nie chcesz powiedzieć że obalenie legalnie wybranego rządu jest w porządku?
Święty zbierał się aby coś powiedzieć - ale Andrzej mu nie dał tej satysfakcji: - wiem, wiem, racja stanu, ale i tak zawsze chodzi o to samo. O władzę.
Teraz te koguty na szczycie też się dziobią i będą się płaszczyć przed sojusznikami. I sprzedadzą nas bez mrugnięcia okiem jeżeli tylko pojawi się sznasa że na tym wyjdą lepiej.
Zresztą powiem Ci jedno - oparł Andrzej po chwili milczenia - znajdą się i porządne kwatery, i wygodne łóżka, i samoloty wraz z obsługą jeżeli tylko staniemy się potrzebni. A teraz? Francuzi siedzą za tę swoją linią umocnień i liczą aż Hitler będzie się rozbijał o nie i wytracał swoje dywizje. Tylko jeśli Niemcy wzmacnią swoje umocnienia, to nie wiem jak Francja chce wygrać tę wojnę.
Znam wszystkie możliwe pytania i wszystkie odpowiedzi.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.
I jeśli mimo to je zadaję, to dlatego, że jest to - niestety - mój obowiązek.